Już od pierwszego spojrzenia Barton Stratos 125 naprawdę mi się spodobał. Widać, że styliści solidnie przyłożyli się do postawionego im zadania. Ciekawe, czy za wyglądem nadążają właściwości jezdne?
Taki to już los dziennikarza motocyklowego, że dosiada bez marudzenia wszystkich maszyn – czasami większych, czasami mniejszych. Jeżeli pada na maszynę klasy 125 ccm, to wiadomo, że poziom adrenaliny nie wystrzeli gwałtownie w górę. Przecież motocykl raczej samodzielnie nie wyjedzie Ci spod tyłka. Jednak akurat w tej kategorii wagowej rozstrzał jakości konstrukcji jest bardzo duży. Może trafić się zarówno wyrób motocyklopodobny, jak i całkiem przyzwoity rumak.
Materiał powinienem zacząć od parafrazy słów niejakiego Siary z filmu „Kiler” – Barton, ale ty żeś mi w tym momencie zaimponował…
Jeszcze kilka lat temu do maszyn oferowanych przez tę firmę miałem stosunek co najmniej ambiwalentny. Dobrze, że w ogóle jeżdżą i przynajmniej są tanie. Jednak od tego czasu w ofercie importera nastąpiła kolosalna poprawa. Oby ten trend się utrzymał. Oto stoi przede mną maszyna, która naprawdę robi wrażenie. Jest nowoczesna, ale nie w tandetnym, wschodnio-azjatyckim rozumieniu tego słowa. Niektórzy twierdzą, że wyglądem przypomina Benelli Leoncino czy nawet Husqvarnę Svartpilen. I być może coś w tym jest. Stylistyka jest wyważona, elementy dopracowane, bez nadmiernej krzykliwości, nawet kolorystyka jest stonowana i półmatowa – po prostu elegancko i ze smakiem. Podobno do zaprojektowania nadwozia zatrudniono francuskiego stylistę…
Wyświetlacz TFT nie zdarza się w każdej stodwudziestcepiątce
Oświetlenie LED to już właściwie standard, nawet w małych motocyklach
Akcesoryjne lusterka pasują do maszyny, ale niewiele w nich widać
Pierwsze wrażenie jest najważniejsze
Najważniejszy element motocykla – jednostkę napędową do Stratosa – dostarczyły zakłady z Zongshen, a to już dobrze wróży. Firma znana jest z wyrobów wysokiej jakości, a chyba najlepszą rekomendacją jest współpraca z takimi potęgami jak Piaggio czy Harley-Davidson
Do tego rocznie produkuje ponad 3 miliony silników. W tym wypadku mamy do czynienia z chłodzoną cieczą jednostką, jednak o niezbyt wyśrubowanych parametrach. Głowica jest czterozaworowa, z rozrządem OHV, z wałkiem wyrównoważającym. Pracuje więc cicho, zbytnio nie wibruje, ale ekstrawagancji z mocą nie ma. Wydech, a przynajmniej jego końcówka, jest niewielki, czyli tak jak lubię. Reszta, czyli puszka tłumika i katalizator, ukryta jest sprytnie pod silnikiem. Wydaje mi się, że to właśnie chińskie firmy udowadniają, że układ wydechowy nie musi być wielkości pieca kaflowego.
Niezbyt często zdarza się, aby w tej klasie pojemnościowej stosowane były zaciski większe niż dwutłoczkowe. A w przypadku Stratosa w całkiem sporą przednią tarczę wgryzają się klocki popychane przez trzy tłoczki. To zapowiada solidne hamulce, ale zobaczymy za chwilę, jak jest w praktyce. Trochę z przodu, a trochę od spodu zainstalowano plastikowy backspoiler, który wygląda bojowo, ale nie osłania ani katalizatora, ani puszki głównego tłumika. Ta osłona z pewnością nie czyni z tej maszyny scramblera, jak niektórzy ją określają. Chociaż nie przepadam za tym rozwiązaniem, to akurat w przypadku Bartona coś, co podtrzymuje tablicę rejestracyjną i set migaczy (nie jestem przekonany, czy można to nazwać błotnikiem), stylistycznie dobrze komponuje się z całą resztą motocykla i dodaje jej lekkości. Podoba mi się, że LED-y stopu i pozycji umieszczono w wąskim pasku pod kanapą.
Przypominający telefon komórkowy wyświetlacz TFT nie ma zbyt wielu funkcji, ale pokazuje wszystko, co jest potrzebne, w dodatku w sposób czytelny i jednoznaczny. Poprzez system Bluetooth może połączyć się z telefonem, a wtedy wszystkie SMS-y, MMS-y, maile i temu podobne przeszkadzacze w jeździe będą dostępne na wyświetlaczu. Z ciekawostek – motocykl mierzy akcelerację do 60 km/h i podaje ją na wspomnianym ekranie. Oprócz nowoczesnego ekranu Stratos nie jest wyposażony w żadne elektronicznie sterowane otwieranie zamków lub systemy bezkluczykowe. Czyli tak jak lubię – tradycyjnie. Uważam, że im prościej, tym mniej elementów mogących ulec awarii. Może to już moja mentalna starość właśnie dała o sobie znać?

